Wracając z pracy do domu, bardzo często zatrzymuję się przy wiejskiej piekarni. Wodzony za nos zapachem świeżego chleba i bułek, nabywam drogą kupna gorące wypieki i pędzę do domu, by pochłonąć bułę, jeszcze przed jej wystygnięciem. Nie zważam na fakt, że w domu czeka na mnie niedokończony, wczorajszy chleb i czeka na wykończenie, które nigdy nie nadchodzi. Kilka dni temu ponownie poddałem się kuszącym aromatom, które wcisnęły hamulec w samochodzie i po raz kolejny wracałem do domu z plecakiem wypełnionym cudownym zapachem. Po wejściu do domu zacząłem tradycyjnie, przygotowywać sobie kanapkę, ale coś mnie powstrzymało. Kątem oka dostrzegłem chleb, który nieśmiało wysuwał się z papierowej torby. Widziałem jego smutne oblicze i przekaz wypełniony zrezygnowaniem. Wyglądał tak, jakby z jego aromatem uciekły wszystkie siły witalne. Spojrzałem na świeży produkt, który dzierżyłem w dłoni, po czym ponownie rzuciłem okiem w stronę chleba. Czynność tę powtórzyłem kilkukrotnie. Choć miałem wielką ochotę na tę przepyszną, podłużną, wypełnioną ziarnami bułkę, odłożyłem ją. Postanowiłem dać drugą szansę jegomościowi, który wczoraj stał na piedestale. Zdecydowałem zjeść czerstwy chleb.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz