Na jednym ze spotkań autorskich padło pytanie – „…jak lubisz…?” W związku z tym, że zrobił się gwar, nie dosłyszałem sporej części pytania. Udając, że zrozumiałem wszystko od początku do końca, zacząłem improwizować. Nie chciałem dać powodu do plotek i starałem się zamaskować mój niedosłuch. Postanowiłem użyć najbardziej neutralnego opisu, by nie siać zgorszenia, ani nikogo nie urazić. Nie chciałem też za bardzo odbiec od tematyki kulinarnej. To było spotkanie dotyczące książki kulinarnej, a nie analiza książki prof. Lwa-Starowicza. Wiedziałem, że muszę o tym pamiętać. Byłem bardzo skupiony. „Jak lubisz?” – zagadnąłem i zrobiłem kontrolowaną pauzę, żeby zebrać myśli i rozpocząć karkołomny monolog. „Lubię, gdy jest delikatna i nie ma zbyt wiele na sobie. W sumie nie ma znaczenia, czy jest puszysta, czy też powycinana jak Ewa Chodakowska ćwiczeniami. Ważne, żeby znała moje pragnienia i potrzeby. Lubię delektować się jej zapachem, który roztacza się po całym mieszkaniu. Zanim się do niej zabiorę, zbliżam do niej swą twarz ,by pochłonąć każdy zapach. Pobudzam swoje zmysły”. Cały czas obserwowałem czytelnika, który zadał pytanie. Na jego twarzy tańczyły znaki zapytania, a oczy wyszły nienaturalnie na zewnątrz, jakby miał zbyt ciasno warkoczyki zawiązane. Poczułem, że coś idzie nie tak. Nagle usłyszałem, szept zza sceny „Przemek, Pan pytał o pizzę, jak lubisz ją przyrządzać” Szybko, w głowie przewinąłem monolog, który przed chwilą upubliczniłem. Uśmiechnąłem się pod nosem, wiedząc, że zbytnio tematu nie przestrzeliłem.





FARSZ:




Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz