Otwierałem oczy, gdy zaatakował moje myśli po raz pierwszy. Jeszcze nie wiedziałem, kim jest i co zamierza ze mną zrobić, ale jego determinacja wirowała w powietrzu jak seks u niejakiego Greja. Wiedziałem, że nie mogę zostać w łóżku przez cały dzień, wciskając się pomiędzy kołdrę i prześcieradło. Musiałem się podnieść. Ostrożnie wysunąłem się z bezpiecznej strefy pościelowej i udałem się w kierunku kuchni. Cały czas wyczuwałem jego obecność. Otulony niepokojem przesuwałem się wzdłuż ścian, starając się od nich nie odrywać. Wiedziałem, że atak możne nastąpić w każdej chwili i z każdej strony, więc moja głowa latała w prawo i lewo, jakbym wykonywał wzrokowe pomiary. Pełzając jak glonojad po szybie akwarium, znalazłem się w kuchni. Prawą dłonią wymacałem drzwi lodówki i zacząłem ją po cichu otwierać. Tak, wiem. Mogłem od razu wskoczyć w outfit i uciec z domu, ale nie jestem w stanie opuścić mieszkania, bez śniadania i kawy. Takie całkiem zdrowe zboczenie, które nakazuje mi codziennie rano zjeść choćby kanapkę. Nagle na mojej dłoni poczułem chłodny uścisk, a przed moją twarzą pojawiła się blada postać. Zamurowało mnie, gdyż ataku spodziewałem się z każdej strony, ale nie z lodówki. Nie było już ratunku, musiałem przystać na warunki, które przedstawił jegomość gwałcący me myśli od rana. Wiedziałem, że po powrocie do domu, będę musiał poświęcić mu trochę uwagi. Choć w planach miałem dziesiątki innych zamierzeń, musiałem ogarnąć, leżakujący w lodówce Kalafior.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz