Tajemnicą poliszynela jest, że w moim menu królują wytrawne i bardzo zdecydowanie doprawione dania. Nie jest więc dziwne, że w trakcie podróży po kraju, na moim celowniku są lokale, które nie boją się przypraw i nie podają na talerzu bezsmakowej mieszaniny warzyw. Wybierając miejsce, gdzie będę się stołował w obcym mieście, zawsze na pierwszym miejscu jest kuchnia indyjska, która słynie z dań przepełnionych aromatem i niesamowitym smakiem. Pominę już wodotryski dotyczące poszczególnych pozycji menu, gdyż dziś będzie mowa o czymś, co tak naprawdę jest dodatkiem do konkretnego dania. Naan, bo o nim dziś mowa. Ociekający tłuszczem, aromatyczny, po brzegi wypełniony glutenem, który z dodatkiem czosnku, potrafi rzucić na kolana i wymusić modły dziękczynne. Pójść do restauracji i nie zjeść chlebka naan, to jak wejść do Starbucksa i zamówić colę. Wystarczająco długo przetrzymałem Was z tym przepisem. Do dzieła!








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz