Nie jestem w stanie zliczyć, ile odsłon tofucznicy przewinęło się przez moją kuchnię. Wersje z grzybami, pomidorami, cebulą, kukurydzą i szeregiem innych dodatków, były na porządku dziennym. Ostatnio jednak zapragnąłem przyrządzić omlet. W tym miejscu powinna nastąpić cisza, wypełniona zadumą i nasączona medytacją zaczerpniętą od tybetańskich mnichów. Nie powiem, że musiałem użyć całego zasobu łaciny, ale na pewno nie było lekko. Pierwsze podejście było nasączone entuzjazmem i optymizmem. Wszystko to ulotniło się wraz z próbą przewrócenia omleta na drugą stronę. Bezczelny typ! Niby wszystko pięknie grało, ale on postanowił się przyczepić do dna patelni i jego większa część postanowiła być nieprzewrócona. Nie wyglądało to źle, ale prezentacja dania była kiepska. Przy drugim podejściu postanowiłem wdrożyć szczyptę ostrożności i uważniej dysponowałem składnikami i procesem przewracania. Tutaj nastąpiła kumulacja. Rozpier*oliło się wszystko i zamiast omleta, powracając do korzeni, miałem przepyszną tofucznicę. Do trzech razy sztuka-pomyślałem. Dziś odziany w cierpliwość, uważność, skupienie i stoicki spokój, postanowiłem przystąpić do kolejnej próby. Oczywiście udało się. Bezapelacyjnie odniosłem sukces, ale tylko dlatego, że wymieniłem ch*jową patelnię, na taką, do której nic nie przywiera. Kurtyna!








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz