Był czas w moim życiu, że por kojarzył mi się tylko z zielskiem, które pływało w rosole. Nie oznacza to jednak, że patrzyłem na niego krzywo. Broń Boże! Jako jedyny przedstawiciel rodziny, ładowałem sobie całe zielsko na talerz, rozdrabniałem i mieszałem z makaronem. Rosół mógł nie istnieć, gdy na talerzu miałem mix marchewki, pietruszki, lubczyku i pora. Po latach, gdy stawiałem pierwsze kroki w kuchni roślinnej, zacząłem dostrzegać jego potencjał i coraz częściej gościł w moim menu. Z racji jego rurkowatego kształtu, zacząłem go faszerować strączkami. Szybko jednak zrezygnowałem z tego posunięcia, bo rurki w trakcie załadunku, rozpier… się, a ja widzący klęskę rozwijającą się w moich dłoniach, kląłem jak szewc po strzale w palec wskazujący. Innym razem postanowiłem zrobić lasagne z sojowym sosem bolońskim. Tutaj dopiero były cyrki. Mało tego, że ser wegański, który nabyłem drogą kupna, nie rozpuścił się, to por, który miał imitować makaron, zachowywał się jakby był kawałkiem brezentu. Za cholerę tego nie szło pokroić. Przestałem eksperymentować i skupiłem się na mniej wyszukanych kombinacjach lawirujących w kręgu zup, zapiekanek, czy też surówek. Możliwe, że jeszcze kiedyś powrócę do kombinowania z porem, ale chcąc zachować spokój i nerwy w nienaruszonym stanie, skupię się na prostocie.












Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz