Pierogi! Kocham je miłością bezgraniczną, która rozwija się z każdym dniem, tygodniem, miesiącem, rokiem. Gdybym miał zliczyć, ile ich zjadłem w swoim życiu, podejrzewam, że uzbierałby się całkiem niezły kopiec, który zawstydziłby gabarytami Kopiec Kościuszki. Są dla mnie wegańską alternatywą, która przewija się w prawie każdym restauracyjnym menu. Nie boję się więc wyruszać w podróż, gdyż nawet w Koziej Wólce, w barze u Pana Stefana będę miał co zjeść. Wszystko jest ładne i piękne, do momentu, gdy na stół wjeżdża zamówiona potrawa. W jednej chwili czar pryska i aparat wzroku, jak po czołówce z murem, próbuje wyregulować ostrość. Muszę z wielkim żalem przyznać, że w bardzo wielu przypadkach zamówione danie nawet nie przypomina pierogów, nie wspominając już o smaku, który również pozostawia wiele do życzenia. Nie jestem w stanie ogarnąć manewru, który sprawia, że zamiast w ciasto, farsz jest wepchnięty w twardą kluchę. Przecież taki glut, równie dobrze mógłby posłużyć jako zapasowa dętka rowerowa. Nie ogarniam. Zdarza się, że ciasto jest wyśmienite, ale co z tego, jeśli wnętrze wygląda, jakby ktoś je przed sekundą wyssał. Zamawiasz pierogi z grzybami i kapustą i czujesz się jak w lesie. Żeby znaleźć grzyba, musisz się mocno przyjrzeć, ostro nagimnastykować, a kapusta zalatuje octem, jakby przed chwilą romansowała z korniszonami. Wiem, może przesadzam. Uwielbiam jeść pierogi i nie ukrywam, że jestem pierogowym zboczeńcem. To chyba nie grzech? Są jednak na tym świecie miejsca, gdzie podają wyśmienite pierogi. Za każdym razem, gdy się z nimi spotykam, nie wyjdę z lokalu bez wyrażenia opinii i przekazaniu wyrazów uznania. Wczoraj postanowiłem zrobić 435762 podejście do tego dania, wciskając w nie farsz z „rybnym” akcentem.





Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz