Z bułeczkami bao, po raz pierwszy spotkałem się na Wege Festiwalu w Bydgoszczy. Miękkie, puszyste ciasto i w środku fantastycznie przyrządzony chlebowiec, którego również wcześniej nie smakowałem. Doświadczenie wypełnione ślinotokiem. Wczoraj, po długim wybieganiu, wpadłem na pomysł, by odświeżyć wspomnienie o chińskich bułeczkach, serwując je również z chlebowcem. Wiedziałem, że nie będzie lekko, bo głód zaczął już mnie smagać biczem po żołądku, więc nie mogłem sobie pozwolić na eksperymenty w postaci marynowania jackfruita. Musiałem działać dynamicznie i skutecznie, żeby już dłużej nie czekać na upragniony posiłek. Przygotowałem sobie wszystkie produkty, naczynia, uporządkowałem myśli…No właśnie z tym ostatnim coś nie do końca zagrało, bo moje uwielbienie do mąki i drożdży odrobinę się zagalopowało. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że uwielbiam smak drożdży. Troszkę się rozpędziłem w ich odmierzaniu. Ciasto szybko osiągnęło zadowalające rozmiary, a jego dalsza obróbka, była czystą formalnością, która odziała się w przyjemność. Zaskoczenie przyszło, gdy ułożyłem ciasto na parze. Po 20 minutach, zamiast subtelnych małych bułeczek, miałem wulgarnie nabrzmiałe buły. Swoją drogą, niezłe danie mi się wczoraj ujeBAO.










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz