Bywają takie poranki, które nie należą do lekkich i łatwych. Wstajesz z łóżka i zanim postawisz stopę na podłodze, już się wkurzasz, bo koty postanowiły zabawić się Twoim kapciem i wcisnęły go pod łóżko lub zrzuciły ze schodów. Gdy po kilkuminutowych poszukiwaniach odnajdujesz zgubę, transferujesz swe zaspane ciało do kuchni. Otwierasz lodówkę i bez większej inwigilacji i szperactwa wiesz, że z połowy przerżniętego bakłażana, smutnych, zmęczonych czasem pieczarek i kilku suszonych pomidorów, niewiele jesteś w stanie wykombinować. Czytelnikowi wątpiącego w mą kreatywność przypominam, że do pełnego przebudzenia potrzebuję około 30 minut, a minęło dopiero 12. Wciągnę bułę na sucho – pomyślałem. Gdy otworzyłem chlebak, moim oczom ukazało się wielkie NIC wymieszane z pustką. Gdybym się nachylił nad tym pojemnikiem i głośniej coś powiedział, echo obudziłoby wszystkich domowników i sąsiadów w promieniu 10 kilometrów. No dobra, mogę zapomnieć o szybkiej, pysznej kanapce. Na zapchanie gęby suchą bułą też nie mam co liczyć. Muszę spiąć poślady i zasuwać do sklepu. Zanim zacząłem się ubierać, przypomniałem sobie, że o 5 nad ranem, jakiekolwiek pieczywo mogę dostać na stacji benzynowej, kupując hot doga bez kiełbasy. Nie miałem wyjścia, musiałem zakasać rękawy, przeprosić lodówkowy asortyment i ubłagać mąkę, by pomimo wczesnej pory, połączyła się w miłosnym uścisku z drożdżami. Nie było lekko o świcie zabrać się za gotowanie, ale tym sposobem ch**owy początek dnia, zamieniłem w smaczny poranek.










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz