Wybrałem się do sklepu celem zakupienia kilku produktów, z których mógłbym sklecić jakiś obiad. W związku z tym, że trafiłem do dyskontu z niemieckim akcentem, od razu pognałem na dział owocowo-warzywny. Nie mam zwyczaju śledzenia gazetki promocyjnej, dlatego nie bardzo wiedziałem, czego mogę się spodziewać, w odwiedzonym przeze mnie przybytku rozkoszy witaminowej. Nie zrobiły na mnie wrażenia banany, które spiętrzone w kartonie, wybiły się na pierwszy plan. Rzodkiewka, która lśniła z daleka, też nie przyciągnęła mojego wzroku. Przechodząc obok lśniącej oberżyny, obojętność się ulotniła, wyparta przez namiętne spojrzenie. Musiałem się na chwilę przy niej zatrzymać i dotknąć jej aksamitnej skóry. Wodząc palcami po jej krągłościach, odpłynąłem do krainy, w których rozkwita rozkosz, nawożona żądzami. W pewnej chwili musiałem przerwać te lubieżne manewry, gdyż moim oczom ukazała się przepiękna filetowa bulwa. Nie pamiętam już, ile razy bezskutecznie jej wypatrywałem w marketach, dyskontach, warzywniakach. Zanim moja dłoń sięgnęła po siatkę, w głowie miałem już milion pomysłów, jak się z nią zabawić. Rozkojarzony, nie byłem już w stanie kontynuować zakupów. Pognałem do kasy i chwilę później pędziłem już do domu, by wykorzystać fioletową pyrę.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz