Gdy przechadzałem się po mieszkaniu, on cały czas zerkał na mnie, próbując wymusić na mnie jakąkolwiek reakcję. Prowokacyjne przewiercanie mnie wzrokiem, na nic się jednak zdało, gdyż doskonale znałem taki rodzaj zagrywki. Postanowiłem się z nim nieco zabawić. Wiedziałem, że strasznie go męczy ten bezruch, więc przyspieszając przy blacie kuchennym, co jakiś czas robiłem energiczny zwrot, by mógł poruszać głową. Jego twarz coraz bardziej była powykręcana i pomięta, jak papier śniadaniowy po 4 użyciu i wykazywała coraz większe poirytowanie moim zachowaniem. Rozbawiony, postanowiłem pójść nieco dalej, ze swoim wkręcającym zachowaniem i wyciągnąłem rękę w jego kierunku. Widziałem już delikatny uśmiech na jego twarzy, a jego wzrok pochłaniał każdy ruch mojej dłoni. Gdy już prawie pod palcami czułem jego pofałdowaną jak falista blacha czaszkę, ominąłem go i chwyciłem dumnie wyprężoną paprykę. Myślałem, że jegomość eksploduje i zacznie mnie okładać pięściami. Wyglądał jak rozdrażniony pit bull, któremu ktoś zabrał miskę z jedzeniem. Nie mogłem się dłużej nad nim pastwić. Choć jego mądrość wypełniała atmosferę, poddawał się wszystkim wkrętom, jak pierwszoklasista na długiej przerwie. Zbliżyłem się do niego i szyderczo wycedziłem przez zęby: ” No, Kalafior…dziś będzie na ostro”. /tekst zapożyczony z innego posta o kalafiorze, gdyż bardzo mnie się podoba/








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz