Zatłoczony klub i tysiące nieznajomych twarzy, które otoczone dymem papierosowym, przypominają nadszarpnięte zębem czasu hologramy. Za barem rządzi koleś z bujną blond fryzurą, która zdaje się pokłosiem nieudanej trwałej ondulacji. Szczerze mówiąc wygląda, jakby piorun strzelił w rabarbar. Zewsząd dochodzi muzyka, ale ze sceny co jakiś czas przebija się mocny, donośny głos, który już widać nie radzi sobie z melodią. Podejrzewam, że trudno będzie tu znaleźć wokalistę, który nie będzie ciął ucha, jak dźwięk styropianu w zetknięciu z szybą. Próbuję odnaleźć sobie zaciszne miejsce w kącie, by móc obserwować ten cyrk i otoczyć się płaszczem prywatności. Nie udaje się, to gdyż właśnie na scenę wdrapał się barman i swym przepitym głosem, zaczął wydawać z siebie dźwięki, które wydawały się połączeniem Slayera i Spice Girls. Próbuję to jakoś znieść, staram się zasłaniać uszy, ale za każdym razem, gdy na niego patrzę, w głowie szaleję ten piskliwy łomot. Zrywam się z krzesła, wyrywam mu mikrofon i zaczynam ładować najlepszy kawałek Halloween, jaki tylko znam. Co prawda słoń nadepnął mi na ucho, ale w moim odczuciu jestem o lata świetlne przed tym barowym wodzirejem. Gdy już rozkręciłem się na maksa i miałem przechodzić do następnego kawałka, nagle jakbym dostał fleszem po oczach. Szyję mi wygięło w tył, jakbym próbował zarzucić długimi włosami. Wiedziałem już, co się święci i tylko czekałem na komentarz…” Przemek, co Ty robisz z tym czosnkiem na środku pokoju o 2 w nocy”.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz