Dlaczego opisując roślinne potrawy, używamy nazewnictwa, które przypisane jest potrawom mięsnym? Powodów jest kilka, które oczywiście mogą spotkać się ze zrozumieniem lub ze strumieniem pomyj wylewanych na ludzi popełniających to „świętokradztwo”. Na swojej drodze spotkałem już dziesiątki osób, które twierdzą, że zrezygnowali z mięsa z pobudek etycznych i choć brakuje im smaku niektórych potraw, nie zabijają, by się najeść. Dlaczego nie wyjść im naprzeciw i nie kombinować z kształtem, smakiem czy nazewnictwem? Przecież kotlet wykonany z soi, mąki czy też innej ciecierzycy, nikogo nie obraża, nie krzywdzi, ani tym bardziej nie powinien zaboleć? Nie do końca rozumiem „dupościsk” niektórych konsumentów kuchni tradycyjnej, którzy na widok wegańskiego steka dostają białej gorączki i zamieniają się w wyrzutnię jadu. Przecież na dobrą sprawę, mięso jest tylko nośnikiem smaku, a całą robotę odwalają przyprawy. Apeluję więc do potencjalnych hejterów i wszystkich, którzy zamierzają mi wytknąć nieprawidłowość w nazewnictwie: Nie zaglądam Wam w gary i nie komentuję golonek, steków i tatarów. W ramach zdrowych relacji międzyludzkich powstrzymajcie się od niczego niewnoszących komentarzy, gdyż wrażenia one na mnie nie zrobią. Próbowałem kuchni tradycyjnej kuchni przez 35 lat, smakowałem jej i niejednokrotnie się nią zachwycałem. Dziś ona jest dla mnie źródłem inspiracji i dzięki niej rozwijam się, gotując z trawy i kamieni.










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz