Mijała już trzecia godzina w pracy, a ja nadal nie jadłem drugiego śniadania. Głód, który od piętnastu minut wiercił dziurę w moim brzuchu, wydawał się przybierać na mocy, ale nie miałem ochoty sięgać do plecaka po pudełko z kanapkami. Wiedziałem, co czeka na mnie pomiędzy dwiema czerstwymi pajdami chleba. Sam je sobie k&%a mać przygotowałem. Miałem ochotę sam siebie spoliczkować i zasadzić konkretnego kopa w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Zdawałem sobie sprawę, że głodzenie się nie jest dobrym rozwiązaniem, ale naprawdę nie miałem ochoty na kanapkę z pomidorem i dogorywającą rukolą. Soki czerwonego jegomościa sprawiały, że kilkudniowy chleb wyglądał jak szmata nasączona wodą. Głód stawał się coraz silniejszy. Miałem wrażenie, że w okolicy mostka spaceruje dobosz i zamiast w werbel, uderza pałką w moje flaki. Dość-powiedziałem, nie mogąc dłużej znieść dyskomfortu w żołądku. Zrezygnowany sięgnąłem w głąb plecaka i wyjąłem pudełko ze śniadaniem. Otwierając je, nawet nie patrzyłem, co się w nim znajduje. Chwyciłem zawartość i przymykając oczy, zrobiłem pierwszy kęs. Co do diabła-pomyślałem, rozkoszując się smakiem, który właśnie rozpływał się w moich ustach. Zamiast przemoczonej podeszwy, właśnie konsumowałem chrupiący wypiek, wypełniony aromatycznym farszem. Olśniło mnie, gdy sobie przypomniałem, że wieczorem piekłem drożdżowe buły. Nieświadomie zrobiłem sobie dzień.










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz