Zapewne są jeszcze tacy, którzy pamiętają grę „pomidor”, gdzie w towarzystwie wybierało się jednego delikwenta i musiał on na każde pytanie/odzywkę odpowiadać -pomidor. Przegrywał, jeśli się zaśmiał lub wypowiedział, jakiekolwiek inny wyraz niż wyżej wskazany. Przypomniała mi się ostatnio ta zabawa, gdy szukałem inspiracji obiadowej. Niewiele miałem czasu, więc zależało mi na szybkim, smacznym i pożywnym rozwiązaniu. Mając do dyspozycji zaledwie 20 minut, musiałem przyrządzić coś, co zadowoli moje kubki smakowe. Zacząłem szukać pomysłu w szafce. Tam jak na złość milion kasz i każda na zadane przeze mnie pytanie, odpowiadała POMIDOR. Otworzyłem lodówkę i licząc na erupcję pomysłów, zacząłem przebierać w produktach, które przy każdym dotyku, krzyczały wręcz POMIDOR. Otwierając szufladę, byłem już mocno poirytowany, gdyż moja nadzieja skupiła się w miejscu, gdzie kończą się plecy i naśmiewała się ze mnie. Nie dopadła mnie żadna niespodzianka. W szufladzie, tysiące przypraw jak Chór Aleksandrowa wykrzyknęło co? POMIDOR K%^@*&. Człowiek się spieszy, próbuje zjeść coś ciepłego przed wyjazdem na nocną zmianę, a wszystkim dookoła zebrało się na pomidorowe heheszki. Nie było mi do śmiechu. Przeklinając pod nosem, milczałem.Pogodziłem się już z brakiem wsparcia i zacząłem podawać rękę porażce, wychodząc z kuchni. Nagle poczułem, że pod moją stopą coś się rozlewa, rozbryzgując się w promieniu dwóch metrów. Spojrzałem w dół i nie wierzyłem własnym oczom. Co leżało u mych stóp? Piękny, malinowy…przemielony jak po czołówce z Jelczem…POMIDOR!










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz