Kilka dni temu pisałem na facebooku :
„Przygodę z przyrządzeniem wegańskiej bezy, rozpocząłem chyba trzy lata temu. Pierwsza beza, nie wyglądała zbyt atrakcyjnie, ale można było ją zjeść ze smakiem. Obiecałem sobie, że kolejna będzie idealna, perfekcyjna i będzie wywoływała orgazm w oku i ustach. Niestety kolejna próba okazała się jakimś totalnym nieporozumieniem. Zmieniłem proporcje cukru, ale zamiast twardej skorupy, w piekarniku pojawiła się mokra plama. Kląłem jak szewc po zbiciu kciuka, a w myślach krążyła myśl – nigdy więcej! Minęło kilka miesięcy i znów zamoczyłem palce w cieciorkowym soku. Na myśl o wylaniu zawartości puszki, łzy cisnęły się do oczu jak przy krojeniu perwersyjnie ostrej cebuli. Podjąłem kolejną próbę. Tym razem cwaniacko dodałem odrobinę krochmalu w postaci mąki ziemniaczanej. Prawie przez cały proces wypiekania/suszenia, klęczałem przy szybie piekarnika zaklinając, by beza nie opadła. Po dwóch godzinach modłów, cholerstwo zaczęło pękać i się zapadać. Na domiar złego, nie mogłem bezy odkleić od papieru. Zawziąłem się i podjąłem jeszcze kilka prób, które uraczały mnie szyderczym chichotem losu. Każda kolejna była gorsza! Upłynęło trochę czasu, zanim podjąłem się kolejnego, jak dla mnie trudnego zadania. Mikser się prawie zapalił, w trakcie mieszania, a jego długotrwały dźwięk stał się nieodłącznym elementem, fonicznego krajobrazu. Ponownie klęczałem przy piekarniku, medytując jak mnich, w oczekiwaniu na efekt. Ponownie pęknięcia, zapadnięcie, ale…tym razem udało się beze oderwać od papieru i ułożyć z niej prowizoryczny deser!
Przekleństw jest coraz mniej, ale tyle samo tekstów – Nigdy więcej!
…dziś gdy przypomnę sobie smak orzechowego kremu, malin i chrupiąca bezę, pojawia się myśl – …a może, by tak jeszcze raz?
?”
Przekleństw jest coraz mniej, ale tyle samo tekstów – Nigdy więcej!
…dziś gdy przypomnę sobie smak orzechowego kremu, malin i chrupiąca bezę, pojawia się myśl – …a może, by tak jeszcze raz?
Oznajmiam wszem wobec, że beza została pokonana 😉
- 2 szklanki mąki pszennej,
- 1/2 szklanki oleju z pestek winogron,
- 1/2 łyżeczki cynamonu,
- szczypta soli,
- 4 łyżki cukru trzcinowego,
- 1/3 szklanki wody.
- Mąki mieszamy z cukrem i cynamonem.
- Dodajemy wodę, oraz olej.
- Ugniatamy ciasto, po czym wykładamy je do formy (30 cm) i nakłuwamy widelcem.
- Ciasto podpiekamy przez 20 minut w temperaturze 180 stopni. Odstawiamy do przestudzenia.

FARSZ:
- 1,5-2 kg jabłek,
- 10 listków świeżej mięty,
- 1 kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej,
- łyżeczka soku z cytryny.
- Jabłka obieramy i ścieramy na grubych oczkach tarki.
- Dodajemy do jabłek pocięte liście mięty, sok z cytryny, mąkę i wszystko mieszamy.

BEZA:
- schłodzona woda z puszki po cieciorce (około 1/4 szklanki)
- 1/2 szklanki cukru pudru,
- 1/2 łyżeczki soku z cytryny,
- 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej.
- Wodę z cieciorki ubijamy na sztywną pianę (może to potrwać kilkanaście minut).
- Cały czas miksując stopniowo dodajemy cukier puder. Po każdym wsypaniu, miksujemy kilka minut. Proces trwa długo, ale to gwarancja sukcesu. Cukier musi być drobnym pudrem. Jeśli wydaje się Wam, że miksujecie zbyt długo, to miksujecie jeszcze 5 minut i dosypujcie kolejną porcję cukru. Piana powinna być gęsta i sztywna.
- Dodajemy mąkę, cały czas miksując.
- Na samym końcu dodajemy sok z cytryny, by uzyskać błyszczącą pianę.

ZAKOŃCZENIE:
- Jabłka wykładamy na przestudzony spód, przykrywamy bezą i pieczemy, a raczej suszymy, przez około 2 godziny w temperaturze 100 stopni.
- Po zakończeniu pieczenia, pozostawiamy ciasto w uchylonym piekarniku, do przestudzenia.

Myślę, że w tym przypadku nie trzeba komentarza. Wykonanie tego ciasta jest pracochłonne, ale uwierzcie, opłaca się czekać. Życzę udanego dnia, oraz smacznego.




Przemysław Ignaszewski