Po udanych sobotnich łowach na rynku warzywnym miałem całą kuchnię zapasów. Tak jestem facetem, łowcą, jestem myśliwym i drapieżcą. Po udanych eksperymentach z bobem, kalafiorem i agrestem, przyszedł czas na fasolkę szparagową. Nie ukrywam, że po głowie chodziło mi wciągnięcie jej w formie klasycznej, czyli ugotowanej z dodatkiem tartej bułki. Niezapomniany smak dzieciństwa, kiedy zielony strąk królował na talerzu. Nie potrzebowałem wtedy nic więcej. Żadnych ziemniaków, mięsa pływającego w sosie, czy innych dodatków. Wystarczył szabel (tak nazywano fasolkę szparagową u mnie w domu). Ten pomysł jednak mogę realizować w zaciszu kuchennym, bez fajerwerków i publicznej prezentacji. Potrzebowałem czegoś, co będzie bardziej rozbudowane i pozamiata kubkami smakowymi jak Jan Himilsbach tekstami. Przeprowadziłem szybą ocenę sytuacji i dostrzegłem w koszu 3 czerwone papryki. W tym momencie mnie olśniło, gdyż przypomniałem sobie o ostrym przecierze paprykowym, który dostałem od Kasi i Jacka. Wiedziałem, że to jest ten dzień, w którym otworzą się bramy ciemności. Czułem, że zielona fasolka szparagowa, przekroczy bramy piekła. Oj będzie piekła.





Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz