Obudził mnie potężny kac, który jest skrótem opisującym weekendowy stan psychofizyczny, pt. „K%*wa!…ale cierpię”. Leżąc gdzieś pomiędzy kanapą a fotelem, starałem się połapać, czym jest spowodowana ta niemoc. Czaszka mi pękała w szwach. W mojej głowie przeskakiwało co najmniej milion obrazów, których w żaden sposób nie mogłem zatrzymać, ani też uporządkować. Żeby nieco przyspieszyć powrót pamięci, uderzyłem otwartą dłonią w policzek. Zabolało. W obawie przed nierównomiernie pojawiającą się opuchlizną zaparkowałem też pięcioma palcami na drugim policzku. Obrazy jakby na chwilę się zatrzymały, pod wpływem zewnętrznych wstrząsów, a wspomnienia zaczęły powolnie napływać do głowy. Co prawda jak przez mgłę, ale widziałem rozszalały tłum Marchewek i Pietruszek taplający się w bulionie. Bez żadnego skrępowania zrzucały z siebie odzienie i ciągnęły za sobą resztę towarzystwa. Soja chyba przesadziła ostatnio z solarium, bo była bardzo wysuszona, ale równio ochoczo przyłączyła się do imprezy. Z tyłu głowy widziałem, jak na Musztardę nacierał Ogórek który, choć z kwaśną miną wydawał się zachwycony. Wiedziałem już, że warzywna ekipa ostro popłynęła z melanżem. Bałem się otworzyć oczy, że o dźwignięciu ciała z podłogi nie wspomnę. Zebrałem się w sobie i spodziewając się ogromnego bałaganu, podniosłem głowę, omiatając wzrokiem salon. Było wyjątkowo cicho, schludnie i niesłychanie jasno. Na stole czekała karteczka z napisem WIDZIMY SIĘ W TEJ SALCE SOON !










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz