Gdy słyszę, że dieta roślinna jest droga i wymaga sporych zasobów czasów, by ją ogarnąć, szlag mnie jasny trafia i krew nagła zalewa. Słucham takich ataków z purpurowym rumieńcem i wytrzeszczem przypominającym piłki pingpongowe. Zaklejam usta szerokim uśmiechem, ale tylko po to, by nie przerywać lawinowym, wulgarnym słowotokiem. Postaram się w kilku słowach ogarnąć ten temat. Faktem jest, że niektóre produkty są drogie, ale nie korzystamy z nich codziennie, dlatego w skali miesiąca, czy też roku ich koszt rozkłada się na drobne, które rozsypują się podczas ściągania spodni. Gdy planujemy zakupy, warto jest przemyśleć, jakie dania z nich nie zrobimy, by za chwile nie wyrzucać do kosza przegniłej ćwiartki kapusty, pół cebuli, czy też ziemniaka, z którego wyrasta irokez. Nic się nie może zmarnować. Gdy zbliża się koniec miesiąca, wystarczy że zerkniesz do lodówki, pojemnika z warzywami i wrzucisz wszystko do gara, dodając przyprawy. Potrawy z niczego lub tzw. „nawinie” (wrzucasz wszystko, co się nawinie) są najlepsze i odkrywają niespodziewane smaki. Nie wierzę, że w sezonie jesiennym nie znajdziemy kilku złociszy na opakowanie kotletów sojowych, które są tańsze od dyskontowego browara. Tak, tak ! Za chwilę się ktoś odezwie, że soja-sroja i GMO. Choć zdarza mnie się jeść soje w różnej postaci, jakoś cycki mi jeszcze nie urosły, choć z drugiej strony muszę sprawdzić. Dawno się nie przeglądałem w lustrze. Wymieniać bym tak mógł jeszcze przez kilka godzin, ale po co? Ludzie nie popadajmy w paranoję. Nasz posiłek nie musi wyglądać, jakby kosztował miliony monet. Wystarczy, że będzie smaczny, pożywny, wartościowy i będzie kreował uśmiech na twarzy. Wiem, że to jest temat rzeka, dlatego zachęcam do dywagacji i rozważań.










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz