Bardzo chciałem w godzinach porannych uraczyć Was przepisem na kolejną wędlinę, ale miałem tak zakręcony dzień, że drugie śniadanie jadłem o 14:30. Co prawda przytrafiło mi się nawet kilka razy usiąść przy biurku z gotowym planem i nową opowiastką, ale cały misterny plan legł w gruzach. Robiłem kilka prób podejścia do klawiatury, ale za każdym razem, gdy już muskałem jej wgłębień na klawiszach, coś mnie od nich odciągało. Pragnąłem się podzielić z Wami kolejnym wynikiem warzywnych akrobacji, ale się nie udało. Wir obowiązków porywał mnie co kilka minut. Jak Tajfun Grzegorz, czy Huragan Marian rzucał mną w promieniu kilku kilometrów od miejsca, gdzie chciałem po prostu pisać. Nie byłem bierny i nie poddałem się bez walki. Przy pierwszym podrywie z krzesła, chwyciłem się narożnika monitora, który na swej lichej podstawie zachwiał się, jakby oszalał mu błędnik. Trzymając się go jedną dłonią, drugą musiałem asekurować, by razem z nim nie wylądować na podłodze. W rezultacie uległem. Przy drugiej próbie wyciągnięcia mnie zza biurka, byłem bardziej cwany i przyczepiłem się pasem do krzesła. Na nic to się zdało, bo mebel okazał się przytwierdzony do kółek i konkretnie odjechałem. Nie wiem, ile było prób napisania czegokolwiek. Przy sześćdziesiątej szóstej przestałem liczyć. Teraz gdy powinienem się relaksować, wyeksploatowany zasiadłem do pisania i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć jaką opowiastkę chciałem Wam sprzedać. W mej głowie powstała zmęczeniowa, czarna dziura.












Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz