W chwili, gdy po raz pierwszy spróbowałem kiszonej fasolki szparagowej, mój świat stanął na głowie i zaczął przyjmować figury, jak uliczny komik. Z niedowierzaniem pochłaniałem strąki jeden po drugim, radośnie wymachując przy tym dłonią, na znak zwycięstwa. Gdyby ktoś spojrzał na mnie z boku, pomyślałby, że wygrałem w lotto, bo mój entuzjazm szerokim strumieniem spływał po kuchennej ścianie. Gdy sięgałem po kolejną fasolkę, uświadomiłem sobie, że można z niej coś przyrządzić, by trud fermentacji nie rozbił się tylko o przekąskę. W związku z tym, że było piątkowe popołudnie, potrzebowałem porządnej porcji węglowodanów, by wystarczyło mi sił na pięćdziesiąt kilometrów wybiegania. Tak jak zwykle staram się kombinować, czasem na pograniczu przerysowania kulinarnego, tak w tym przypadku postanowiłem iść po najprostszej linii minimalizmu. Nie chciałem dodatkami zabić tego fantastycznego, kwaśnego smaku, dlatego postawiłem tylko na pomidora i czosnek. Bywa tak, że gotując, nie zawsze jestem pewny efektu, który uzyskam. W tym przypadku miałem sto procent pewności, że ta ekspresowa akcja skazana jest na sukces. Po 15 minutach siedziałem już na kanapie i w rytmie pomrukiwań, machałem stopą, sygnalizując światu, że jestem cholernie zadowolony z wykonanego dania






Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz