Długo musiałem czekać na ponowne wypady za miasto, które w zeszłym roku były rzec by można rytuałem niedzielnym. W związku z tym, że w dniu jutrzejszym są organizowane biegi w ramach akcji WOŚP, postanowiłem przenieść wycieczkę biegową na sobotę. Zazwyczaj robiłem takie wypady samotnie, gdyż mało osób chciało wychodzić ze mną trening który lawirował w okolicach 50 kilometrów. Od tamtej pory minęło już troszkę czasu i w moim życiu pojawiły się osoby, które bardzo chętnie przystają na takie manewry.
W dniu dzisiejszym, wraz z Marcinami udaliśmy się w kolejową podróż, której głównym atutem jest to, że odbywa się pod szyldem biletu w jedną stronę. Celem naszej sobotniej eskapady okazał się być oddalony od Grudziądza 40 kilometrów Kwidzyn, z którego musieliśmy wrócić biegiem do miejsca zamieszkania. Podróż rozpoczęła się punktualnie, bez większych atrakcji lecz po przybyciu do Kwidzyna zaczęły się pierwsze przeprawy survivalowe.
Po zejściu do przejścia podziemnego okazało się, że jest ono zalane wodą, a wyjście na miasto przyblokowane jest przez zamkniętą kratę. Na szczęście bardzo szybko pojawił się Strażnik Miejski, który nie wiedzieć czemu stał się klucznikiem i wpuścił nas do miasta.
Z racji tego, że panowały ciemności egipskie, szybko musieliśmy się uzbroić w latarki czołowe i wbiegliśmy w las by penetrować nieznane dla nas ścieżki. Początkowe kilometry uciekały bardzo szybko, ale też ostro dawały nam w kość. Profil trasy przygotował nam bardzo miłą niespodziankę w postaci bardzo dłuuuuugich podbiegów, które chcąc nie chcąc były odczuwalne. Gdy tak błądziliśmy w ciemnościach, nie mieliśmy świadomości w jak pięknym terenie biegamy. Dookoła nas niczym nieskalana przyroda i cisza tak głucha, że dłuższe wsłuchiwanie skutkowało bólem ucha.
Kilometry uciekały niebłaganie, przedostaliśmy się przez odbywające się w lesie polowanie i w okolicy 25 kilometra dostaliśmy od losu prezent w postaci górki, pod która nie trzeba było podbiegać. Z góry na dół, napędzani niesamowitą atmosferą, pogodą, świadomością kilometrażu, byliśmy coraz bliżej Grudziądza.
W okolicy wsi Parski, jeden z Marcinów odłączył się, gdyż jego powrót do domu nie pokrywał się z naszym. Dla nas to nie oznaczało jednak końca przygody, powiedziałbym wręcz że najlepsze było przed nami. Uspokojeni świadomością, że jesteśmy już prawie w domu, postanowiliśmy nieco zboczyć z ustalonego wcześniej kursu. Nie wiem czy nazwać to naszym błędem, ale postawiliśmy na jedną kartę i lecieliśmy cały czas do przodu. Nagle naszym oczom ukazał się płot otaczający teren wojskowy, którego przejść się nie dało. Z lewej strony Wisła z prawej góra, której prawie pionowy profil, sprawiał że łzy same napływały do oczu na myśl, że trzeba się tam wdrapać.
Błoto, liście, zmęczenie sprawiły, że podejście przybrało formę wspinaczki z wykorzystaniem wszystkich kończyn i co jakiś czas zjeżdżaliśmy w dół wraz z osuwającym się błotem. Atrakcji jednak było nam mało i w drodze z Cytadeli, która musieliśmy pokonać od zaplecza, postanowiliśmy odwiedzić,niedawno otwartą wieżę Klimek. Pan przewodnik widząc nas z dziwnymi plecaczkami poprosił nas byśmy wrócili schodami bo jak stwierdził „podejrzanie wyglądamy”.
Do domu zostało już kilka kroków więc nie spotkały nas już żadne atrakcje ani przygody.
Jeśli wśród czytających znajdą się osoby, które są znudzone bieganiem w kółko cały czas tą samą trasą, niech wyciągną wnioski z tego tekstu. Nie trzeba wiele by zapewnić sobie odrobinę adrenaliny i zaserwować sobie kilka survivalowych atrakcji. Przygoda i uśmiech są na wyciągnięcie naszej ręki, wystarczy odrobina chęci i świadomość czego chcemy.
Pozdrawiam serdecznie .
Naładowany pozytywnie na cały dzień – Vegenerat 😉

.jpg)

.jpg)
.jpg)







Przemysław Ignaszewski