Decyzję o starcie w poznańskim maratonie podjąłem spontanicznie i jeszcze na większym spontanie nabyłem pakiet startowy. Plan był bardzo jasno określony i pozornie by się wydawać mogło, że łatwy do realizacji, ale…które zawsze musi się pojawić w historii. Do Poznania wybraliśmy się z Kierowniczką Zaplecza Kuchennego w sobotnie przedpołudnie, wraz z wesołym busem wypełnionym ekipą z AB Grudziądz. Po szybki rozładunku i zalogowaniu się w miejscach noclegowych, udaliśmy się do biura zawodów, które mieściło się na ternie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Na miejscu atmosfera biegowa, przeplatana była jak zwykle w trakcie takich imprez, wielokrotnym „cześć”, „miło Cię spotkać” ” co tam, jak tam „. Udało nam się spotkać z człowiekiem wulkanem, który choć niewielkiego jest wzrostu, emanuje pozytywną energią za co najmniej setkę osób.
Po odebraniu pakietów, wybraliśmy się 9 osobową ekipą na tzw ” szoping” no i na dodatkowe pasta party, które postanowiliśmy przeprowadzić w wegańskim bistro KWADRAT ( o tym, szerzej napiszę w późniejszym terminie ). Poranek wyglądał jak zwykle, w przypadku maratonów, czy też innych biegów. Pobudka na 2 godziny przed wyjściem z domu, poranna toaleta, śniadanie obfite w cukry na pszennym pieczywie, na dobrą sprawę niezniszczalny schemat ubrany w dobry nastrój.
W tym wypadku dochodziło jeszcze poprowadzenie KZK przez wszystkiego zabiegi i sprawienie by stanęła szczęśliwa na mecie. Nic nie zapowiadało, że plan może nie wypalić i zmienić nieco tory, ale i czasem tak bywa. Wszystko ładnie pięknie szło, biegło się rewelacyjnie, do momentu gdy w okolicy 9 kilometra natura zmusiła mnie do skręcenia na stację benzynową. Bartek i KZK z którymi cały czas biegłem, lecieli swoim tempem, a ja po załatwieniu sprawy próbowałem ich dogonić, rozwijając prędkości raczej nie należące do najzdrowszych. Chwilę później poczułem ucisk w prawym biodrze i na tym skończyło się komfortowe bieganie i rumakowanie. Asekuracyjnie zacząłem biec wolniej, dużo wolniej, ale nie miało to nic wspólnego z bieganiem komfortowym. Biłem się z myślami, co robić, do pokonania miałem jeszcze grubo ponad połowę, a dyskomfort nie ustępował. Po przekroczeniu dystansu półmaratonu, widząc, że nie ma szans bym przebiegł bezkontuzyjnie maraton, postanowiłem zejść z trasy. Kierowniczka pobiegła dalej a ja udałem się na MTP by ją przywitać na mecie. Początkowo czułem się źle z tą decyzja, w końcu obiecałem towarzyszyć Magdzie w jej pierwszym maratonie. Jednocześnie widząc jak się denerwuje o mnie, nie mogłem pozwolić by w takim dyskomforcie przebiegła swój pierwszy królewski dystans. Dla mnie to tez była jedyna słuszna decyzja, która pozwoliła mi uniknąć kontuzji i mam nadzieje pozwoli mi za 2 tygodnie stanąć na starcie Kaliskiej 100tki. Wiem, że gdybym przebiegł ten maraton do końca, mógłbym się pożegnać ze swoim ostatnim, założonym przeze mnie biegiem sezonu. Na szczęście z biegiem czasu, z upływem kilometrów dojrzewam do pewnych decyzji i dostrzegam, że nie tylko ukończenie biegu sprawia, że jesteśmy zwycięzcami.
W trakcie wczorajszego maratonu wygrałem coś więcej niż kawałek blachy czy też gratulacje, wygrałem niezastąpioną porcję zdrowia, które niewątpliwie udało mi się zachować. Mogę powiedzieć tak samo jak Madzia, która przebiegła ( nie pokonała ) maraton : Jestem zwycięzcą 🙂
Magda, dołączyłaś do zacnego grona maratończyków i dokonałaś tego bez holowania. Sama, ciężką pracą i determinacją. Jesteś wielka 🙂 Wierzę, że Twój pierwszy maraton to tylko furtka do nowych doznań biegowych i poszerzenie horyzontów. Jestem z Ciebie dumny.
P.S. Byłbym zapomniał…serdeczne dzięki za spotkanie z ludźmi z Virtual Runner Club. Jesteście fantastyczni, moc jaka od Was bije jest nie do ogarnięcia. Pozdro 🙂






Przemysław Ignaszewski