Już dawno w mojej kuchni nie było warzywnej imprezy – pomyślałem wracając z pracy do domu. Wiedziałem, że muszę coś z tym zrobić, by reputacja warzywnego świra, nie wyblakła jak czarny t-shirt pozostawiony na słońcu. Przemierzając zatłoczone ulice, układałem w głowie plan i telepatycznie wysyłałem zaproszenia do potencjalnych uczestników. Temperatura na zewnątrz raczej nie zachęcała do gorącego melanżu, więc postanowiłem, że musi to być szybka akcja. Impulsywny wyskok wypełniony dobrym smakiem i garścią pozytywnych emocji. Gdy wbijałem kod do domofonu, uśmiech zajmował sporą powierzchnię mojej twarzy. Plan był gotowy. Zanim dotarłem do drzwi mieszkania, usłyszałem znajome dźwięki i łomot. Dobrze wiedziałem skąd dochodzą i uśmiech stał się jeszcze szerszy. Miałem wrażenie, że śmieje się całym sobą. W głowie jednak kołatały pytania – Dlaczego rozpoczęli beze mnie? Dlaczego nie poczekali? Po wejściu do kuchni wszystko stało się jasne. Nie tylko ja tęskniłem za imprezową rozpustą, a wiadomości myślowe wysyłane przeze mnie były tylko cichym przyzwoleniem do rozpoczęcia fiesty. W pomieszczeniu roiło się od warzyw. Porozkładały się na kanapach i fotelach, jakby za chwilę na ścianie miał być wyświetlony kolejny sezon Gry o Tron. Gwarno było jak na przerwie w gimnazjum. Moją uwagę jednak przykuła para baraszkująca w kącie. Przez podskakujący tłum nie bardzo widziałem co robią, więc postanowiłem podejść i podejrzeć ich harce. Gdy stanąłem na przeciw, dostałem wytrzeszczu, jakby mi ktoś do pośladków przyłożył kabel pod napięciem. Zobaczyłem jak Fasola pieści się z ogórkiem, który bez żadnego skrępowania wślizguje się w musztardę. Wyobraźnia zadziałała. Przepadłem.










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz