Na zegarze wybiła godzina dwudziesta, a ja dopiero znalazłem chwile wytchnienia, po kilku godzinach spędzonych nad kolejnym tekstem. Rozsiadłem się na kanapie i jak narkoman ostatnią kreskę, zacząłem uszami wciągać rozsypaną w pokoju ciszę. Brak jakiegokolwiek dźwięku, bezruch cienia na ścianie, działają jak woda na młyn, rozpędzając festiwal kreatywnych pomysłów. W tym przypadku nie mogło być inaczej. Nie wiem jak szybko znalazłem się w kuchni, ale gdy się obejrzałem za siebie, widziałem kanapę, która uwolniona spod mojego ciężaru, próbuje przybrać pierwotny kształt. W szaleńczym amoku, zacząłem wsypywać produkty do miski. Naprzemiennie mieszałem i smakowałem, próbując zrobić coś dobrego, wykorzystując minimum składników. Przez 5 minut w kuchni wyglądało, jakby ktoś z pierwszego piętra, zrzucił worek z mąką. Musiałem się spieszyć, bo wizja którą miałem była jak flesz, który mógł być przytłumiony, kolejnym pomysłem. Po chwili już kucałem przy piekarniku, obserwując ciasto, które dopiero co wjechało w ciepły klimat. Wiedziałem, że niczego nie zobaczę, ale zawsze otoczony ciekawością, zerkam, jakby w mgnieniu oka płynne ciasto miało się zamienić w pulchny placek. Mniej więcej po 25 minutach, gdy przyszła chwila prawdy, poczułem ostry strzał w potylicę. Nie, moi drodzy nikt mi nie przypie** niczym ciężkim. Przypomniało mi się, że nie dodałem żadnego oleju do ciasta. Zazwyczaj w takich momentach, mój język zamienia się w tasak i ostrymi słowami tnie powietrze. Tym razem panował spokój, w milczeniu, kontynuowałem zamierzony plan. Jak się później okazało, opłaca się czasem o czymś zapomnieć.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz