W związku z nawałem pracy przy komputerze, nie miałem zamiaru zaglądać w dniu wczorajszym do kuchni. Chciałem przy filiżance kawy poukładać kilka przepisów i obrobić zalegające na pulpicie zdjęcia. Miałem zamiar wciągać uszami ryczącą bezdźwięczną ciszę. Niestety nikt z szafy nie zechciał mi podać kawy i chcąc nie chcąc, musiałem zajrzeć do Świątyni Pokus (czyt. kuchnia). Starałem się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, by nie wzbudzić zainteresowania zalegających w koszyku warzyw. Z racji nienaoliwionych zawiasów, największą misją było otwarcie szafki, gdzie zalegała puszka z czarnym ziarnem. Chwyciłem za uchwyt i milimetr po milimetrze, zacząłem przyciągać drzwi w swoją stronę. Moje ruchy były wypełnione perfekcją, a koło nosa zaczął już lawirować zapach sukcesu. Co prawda nie zwisałem na żadnej linie, ale czułem się jak Tom Cruise w Mission Impossible. Oczami wyobraźni widziałem już, jak zakładam laur na głowę i żółtą koszulkę lidera. Na twarzy miałem wryty 100 procentowy sukces. Z moje pięknego snu, obudziło mnie wylatujące z szafki opakowanie kawy, dla którego jedynym oparciem były otwierane przeze mnie drzwi. Huknęło, gruchnęło i u moich stóp rozwinął się ciemnobrązowy dywan. Zanim pomyślałem, że będę musiał za chwilę ogarnąć ten syf, kątem oka widziałem czerwone poruszenie w koszyku. No i zachciało Ci się Dziadu kawy – pomyślałem, widząc jak naciera na mnie cała horda szczerzących się pomidorów. Prace komputerowe musiałem przełożyć na później, ale nie ukrywam słodko spędziłem czas.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz