Siedziałem an siedzeniu pasażera i obserwowałem drzewa, które migały przed moimi oczami, jak lampa stroboskopowa. Wydawać by się mogło, że się zawiesiłem i wiszę w próżni myślowej, ale prawda była zupełnie inna. Z każdym pokonanym kilometrem w mojej głowie szalała burza pomysłów i jeszcze więcej koncepcji napędzanych głodem. Odrzucając kolejne wizje, cieszyłem się, że mam do pokonania tylko siedemdziesiąt kilometrów. Gdyby odległość wykraczała poza magiczną setkę, mój mózg zagotowałby się jak Wartburg z dziurawą chłodnicą. Byłem coraz bliżej domu, a w głowie zamiast ułożonej koncepcji, bezczelnie rozsiadł się głód. Chichocząc, doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Czułem, jak bezradność przywołana tym śmiechem zaczyna ogarniać moje ciało, wbijając mnie brutalnie w ziemię. Gdy dotarłem do domu, byłem u kresu wytrzymałości. Poziom mojej kreatywności leżał na podłodze i zanosząc się potężnym śmiechem, wytykał mnie palcem. Chyba ten widok podziałał na mnie jak strzał z półobrotu wymierzony przez Strażnika Texasu. W jednym momencie zrozumiałem, że to ja ustalam reguły i zasady tej gry. Po 20 minutach siedziałem na kanapie z pyszną sałatką w dłoni i przyklejonym uśmiechem zwycięzcy.










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz