Przez cały dzień w pracy karmiłem się myślą, że po powrocie do domu, wbiję się w ciasne gacie i pójdę przebiec kilka kilometrów. Układałem w głowie trasę i oczami wyobraźni mijałem zadymione ulice, by w rezultacie wydostać się za miasto. Czułem, że to będzie mój dzień. Gdzieś pomiędzy godziną dziesiątą a czwartym kęsem klopsa jaglanego, zacząłem przeglądać zdjęcia jedzenia, których w sieci jest zatrzęsienie. Jedni lubią oglądać samochody, inni scrollują strony xxx w poszukiwaniu ideału piękna, a ja uderzam w kategorię foodporn. Takie moje małe zboczenie, które wdrożyłem, celem wyłapania kolejnej porcji inspiracji. Ostatnio odgrzewany post, traktujący o wegańskiej wersji chaczapuri, pchnął mnie w klimaty gruzińskie. Chcąc nie chcąc wyłapałem adżarską wersję, tego dania i w jednej chwili dostałem ślinotoku, który przybrał niewyobrażalny rozmiar. Zamiast pałaszować klopsiki w sosie pieczarkowym, musiałem się skupić na wycieraniu zaślinionej brody. W jednej chwili ułożyłem plan, czym zastąpić sery, które są potrzebne do wykonania tradycyjnej potrawy i jednocześnie grubą kreską przekreśliłem wcześniej roztaczane plany biegowe. Nie chcąc wywoływać burzy wśród koneserów kuchni kultywowanej przez Gruzinów, swoje danie nazwałem pizzą, gdyż tak naprawdę niewiele się różni od włoskiego drożdżowego placka. Czyżby ładowanie przed 100-kilometrowym biegiem w Zielonej Górze, rozpoczęło się dużo wcześniej niż zwykle?



SOS:








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz