Bezczynne leżenie na plaży, raczej nie należy do moich ulubionych form relaksu, ale miejsce, w którym się znajdowałem, nie było przystosowane do uprawiania żadnych aktywności. Bezskutecznie szukałem choćby kilku centymetrów cienia, ale w promieniu kilku kilometrów rozciągał się tylko piasek i woda. Nigdzie nie mogłem dostrzec żadnego drzewa, z góry więc założyłem, że wSzyszko wycięli i zaległem na ręczniku w centralnym punkcie na skraju oceanu. Słońce tego dnia grzało wyjątkowo mocno, więc już po kilku minutach leżakowania słyszałem, jak na moich plecach skwierczy wytapiany tłuszcz. Mógłbym tego dnia posłużyć jako płyta grzewcza, na potrzeby plażowego cateringu. Temperatura sprawiła, że na chwilę odpłynąłem. Na dobrą sprawę dziwię się, jak można zasnąć w tak piekielnym klimacie. Ze snu wyrwał mnie delikatny chłodny dotyk, przemieszczający się po moich plecach. Choć w pierwszej chwili chciałem się zerwać, postanowiłem delektować się chwilą i miałem w nosie, co lub kto sprawia, że czuje się jak młody Bóg. Pragnąłem, by ta chwila trwała w nieskończoność, ale z drugiej strony byłem ciekawy, kto jest moim wybawcą. Przekręciłem się na bok i…. spadłem z łóżka, wraz z kapustą pekińską, która wylądowała na moich plecach, wypadając z siatki leżącej na oparciu kanapy.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz