Obudził mnie dziwny ucisk na klatkę piersiową. W pierwszej chwili pomyślałem, że pompka dalej zwana sercem zaczyna ze mną pogrywać i przed czterdziestką postanowiła się zbuntować. Zanim otworzyłem oczy, zdążyłem się zlać zimnym potem na myśl o swym stanie przedzawałowym. Nie wiedziałem jak się zachować, czy przeczekać ten stan udając, że śpię, czy może zerwać się z łóżka i stawić czoło kardiologicznym niedogodnościom. Moje powieki cały czas przywierały do siebie, jakby ktoś je wysmarował klejem, a w głowie toczyłem walkę jak Dawid z Goliatem. Tak naprawdę sam nie wiedziałem, kto jest w tej walce dominatorem. Ból nie ustępował i przychodził falami, a ja gdzieś z tyłu głowy miałem przyklejoną informację, że jestem w stanie to zwalczyć. Musiałem podjąć jakąś decyzję. Moje oczy otwierały się bardzo powoli. Napięcia, jakie się budowało w tym momencie, nie powstydziłby się nawet Hubert Urbański, katując kolejnego uczestnika Milionerów. Gdy gałki oczne były już na pograniczu wytrzeszczu, dostrzegłem jakiś dziwny kształt, który przysłaniając mi światło księżyca, spoczywał na moim torsie. W jednej chwili odetchnąłem z ulgą i przegoniłem wizję Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej. Chwyciłem telefon komórkowy i oświecając obiekt latarką, dostrzegłem uradowanego Kalafiora, który nie wiedzieć dlaczego, o godzinie 2 w nocy zachęcał mnie do gotowania.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz