W czasach kiedy nie bardzo miałem wpływ na to, co jem i wchodziłem pod szafę na stojąco, w trakcie odwiedzin rodziny w Szczecinie znalazłem się w barze Pasztecik. Choć mój gust kulinarny, lawirował na poziomie piaskownicy i wiaderka z piaskiem, smak który tam poznałem, odcisnął bardzo mocny ślad w mojej pamięci. Co jakiś czas przez kilkanaście lat mojego czasem barwnego życia, wspomnieniami wracałem do tamtego miejsca, które odwiedziłem 30 lat temu. Za żadne skarby przypomnieć sobie nie mogę, z kim tam byłem, ale doskonale pamiętam podłużny smakołyk, do którego podawano barszcz. Klimat miejsca był adekwatny do roku, w którym akcja miała miejsce i zamiast stolików przy ścianach były przytwierdzone szerokie lady, przy których stały wysokie krzesła. Żeby Wam zobrazować, jak dawno to było, powiem, że stojąc przy tym pseudo stoliku, czułem, że mam niezły dach nad głową, którego sięgnąć nie mogę. Lata minęły, a ja nadal żyłem, co jakiś czas chwytając się za bary z pasztetową tęsknotą. Pewnego dnia powiedziałem dość i postanowiłem zrealizować moje marzenia. Choć mój wypiek jest daleki od smaku poznanego w dzieciństwie, cieszę się, że mam jego namiastkę.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz