Decyzja o starcie w XX Międzynarodowym Rudzkim Ultramaratonie 12h, tak samo, jak w latach poprzednich zapadła już rok wcześniej. Nie wyobrażam sobie, by nie pojawić się w miejscu, gdzie po raz pierwszy pokonałem dystans 100 kilometrów, rozpoczynając tym samym przygodę z bieganiem ultra, która trwa do dziś. Nie jest to zwykła impreza ultra, jakie zwykle występują w kalendarzu biegowym. Biegacze nie pokonują trasy z punktu a do punktu B, lecz przez pół doby zmagają się z pętlą mierzącą 1309,05 m. W tym roku postanowiłem pociągnąć za sobą dwóch biegowych kompanów: Marcina i Jacka. O ile ten drugi ma już doświadczenie wbieganiu po pętli (100 km na Stadionie AWF Gdańsk), to ten pierwszy niewiele ma wspólnego z bieganiem po asfalcie, że o bieganiu w kółko nie wspomnę. Niemniej jednak zdecydowali się na ten szaleńczy pomysł i 27 kwietnia wyruszyliśmy na południe Polski, gdzie czekała na nas zakręcona przygoda.
Około godziny 14 dotarliśmy do Katowic, gdzie spotkaliśmy się z moim bratem i wspólnie zjedliśmy pierwszy posiłek. Po spotkaniu udaliśmy się do biura zawodów, żeby odebrać numery startowe i udaliśmy się do hotelu, gdzie już mieliśmy zaplanowany kolejny posiłek. Jacek trochę się wzbraniał przed zjedzeniem drugiej pizzy, ale wraz z Marcinem wytłumaczyliśmy koledze, ile godzin aktywności przed nim i w rezultacie pochłonął drugi włoski placek bez mrugnięcia okiem. Opuszczę już szczegóły wieczorne dnia poprzedniego, gdyż mało było atrakcji w przygotowywaniu strojów i pakowaniu ubrań, które mogą się przydać w trakcie 12-godzinnego biegu.
O godzinie 7:00 zameldowaliśmy się na linii startu w Rudzie Śląskiej i wraz z setką innych szaleńców za chwile mieliśmy podjąć wyzwanie, które porównywane jest z biegiem chomika w karuzeli. W powietrzu unosiła się adrenalina, co jakiś czas było słychać powitania i głośny śmiech. Wśród startujących nie zabrakło takich znakomitych postaci jak Patrycja Bereznowska, Agata Matejczuk i Roman Elwart. Niewątpliwie jest to czołówka polskiego i światowego ultra.
Ruszyła maszyna i nie było już odwrotu. Zapowiadał się bardzo upalny dzień. W głowie starałem się układać taktykę, powielając plan sprzed dwóch lat, kiedy to pogoda „rozpieszczała” solidnym upałem. Wiedziałem, że od samego początku muszę odrobinę przycisnąć, żeby maksymalnie wykorzystać chłód, który bardzo szybko miał się przerodzić w ugandyjski skwar. Pierwsze okrążenia pokonałem bardzo żwawym tempem, co jakiś czas wdając się w dyskusje ze Sławkiem Łyczko i Ryśkiem Kałaczyńskim. Jeśli ktoś myśli, że to ja jestem szalony, w ramach ciekawostki powiem, że Ryszard 3 lata temu ustanowił Rekord Guinnessa, przebiegając 366 maratonów w 366 dni. Szaleństwo? Zapewne tak, ale bardzo nasączone determinacją i pasją. Szanuję.

Po niespełna godzinie biegania miałem już nabiegane ponad dziesięć kilometrów. Uznałem, że to jest najlepszy moment, żeby zmienić odzienie wierzchnie na lżejsze i założenie słuchawek z muzyką. Tempo nie spadało. Wiedziałem, że mam mnóstwo energii i realizując spontaniczny plan, chciałem nabiegać jak najwięcej, korzystając z dobrodziejstwa wiatru, który jeszcze delikatnie powiewał. Zgodnie z założeniami odciąłem się od tego, co działo się wokół mnie i oddałem się przyjemności, która narastała z każdym przebiegniętym kilometrem. Po 3 godz. i 38 minutach miałem już za sobą dystans maratonu, więc był powód do radości. Cieszyłem się ze swojego samopoczucia, gdyż wiedziałem, że jest to tzw. dzień konia. Nie zakładałem, że wydarzy się coś, co odwróci kartę do 180 stopni. Upał rozkręcał się w zatrważającym tempie, więc postanowiłem zwolnić, by pozostawić sobie zapas energii na pozostałe godziny.

Taka taktyka sprawdziła się w 2016 roku, kiedy udało mi się pokonać 120 kilometrów. Oszczędzając siły, starałem się tylko maszerować w punkcie odżywczym, żeby coś na spokojnie zjeść, napić się i schłodzić kark lodowatą wodą. Z każdym kilometrem jednak odczuwałem spadek energii. Czułem, że na trasie za moimi plecami czai się jakaś niemiła niespodzianka, a ja nie byłem w stanie jej umknąć. Pokonując kolejne kilometry, wylewałem z siebie hektolitry potu. Żeby zapobiec odwodnieniu, jadłem pomidory zanurzone w dużej ilości soli. Co drugi okrążenie pochłaniałem garść orzechów solonych i dopychałem je czekoladą. Za każdym razem wypijałem co najmniej 2 kubki wody i co jakiś czas sięgałem po colę. Biegło się coraz słabiej, wolniej i z coraz cięższą głową. Po około 7 godzinach biegu, kiedy moje ciało było odrobinę wyeksploatowane, poczułem dyskomfort w okolicy żołądka. Zbierało mi się na wymioty.

Wiedziałem, że nie jest to efekt mieszanki żywieniowej, którą sobie zapewniłem, lecz efekt odwodnienia, którego niestety nie udało się uniknąć. Kilka skłonów i głębszych oddechów sprawiło, że nie musiałem oddawać treści żołądkowej. Stan jednak się nie poprawił, gdyż po kilkudziesięciu minutach pojawił się przeszywający ból w okolicy nerek. Zdawałem sobie sprawę i czułem, że nie jest to żaden ból przeciążeniowy, a potwierdził to kolor moczu, który kolorem przypominał bursztyn znaleziony w Jantarze. Zapadła decyzja, że trzeba mocno zwolnić i wpleść więcej marszu w pokonywanie pętli. Zacząłem pić jeszcze więcej i zjadać sól na potęgę. Musiałem bardzo ograniczyć wysiłek, by nie pocić się tak bardzo, jak dotychczas. W głowie ułożyłem plan, że dotruchtam do dystansu 100 kilometrów i kończę bieg. Po 11 godzinach i 30 minutach zwróciłem organizatorom chip i podziękowałem za imprezę. Jackowi i Marcinowi upał dał się również we znaki i zakończyli swój bieg, przebiegając 81 i 82 km. Ukłony w ich stronę.

Starałem się przez chwilę analizować ten biegi i odpowiedzieć sobie na pytanie: Co nie zagrało? Co poszło nie tak? Pomyślałem przez chwilę, że może tempo było za szybkie na samym początku. Starałem się też doszukać ubytków w trakcie przygotowania. Szukałem również braków w nawodnieniu. Nie znalazłem jednak żadnej odpowiedzi. Najważniejsze było dla mnie, że potrafiłem podjąć decyzję o wcześniejszym zakończeniu i fakt, że spotkałem fantastycznych ludzi. Za rok będzie okazja, by pobiegać pełne 12 godzin. Z tego miejsca chciałbym podziękować organizatorom za wspaniałą jak zwykle atmosferę i kłaniam się nisko zwycięzcom: Romkowi Elwartowi (142 km 524 m) i Patrycji Bereznowskiej, która ustanowiła nowy Rekord Polski przebiegając 140 km 3225 m.
Autorem zdjęć jest PhotoRunner.




Przemysław Ignaszewski