Przez okno mieszkania wdzierały się zmęczone już całym dniem soczyście pomarańczowe promienie słoneczne. Odbijając się na śnieżnobiałej ścianie, sprawiały wrażenie, jakby chciały schować się przed nadchodzącym zmrokiem. Nie chciały gasnąć. Próbowałem je złapać, zatrzymać na dłużej, ale za cholerę nie potrafiłem ich wcisnąć do żadnego pojemnika. Podjąłem próbę zatrzymania tej chwili w aparacie fotograficznym, ale żadne z ujęć nie potrafiło oddać tego ciepła, które z sekundy na sekundę gasło. W głębi serca czułem, że zaczyna się dla mnie ciężki okres doświetlania zdjęć sztucznym promieniem. Wiedziałem, że tracę na kilka miesięcy najlepszego pomocnika w łapaniu kuchennych akrobacji. Fakt, że słońce wcześniej przygasa, nie może mnie wykluczyć z tego, co robię od kilku lat. Muszę sobie jakoś radzić, używając sztucznego oświetlenia. Zawarłem pakt z lampami, które nieudolnie próbują zastąpić coś, czego zastąpić się nie da. Staram się nie kręcić nosem i dalej mieszam w garach w świetle rozgrzanych do czerwoności jupiterów. Zadowolenie, które nie jest na najwyższym poziomie, staram się uzupełniać smakiem. Poprawiam sobie nastrój, pikantnie kolorując swój talerz i rozpieszczając podniebienie. Choć czasem nie mam możliwości uchwycenia piękna tych chwil, siedzę zadowolony jak śp. Hugh Hefner wśród swych króliczków. Jestem szczęśliwy, jedząc przepyszną pizzę.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz