Przez ostatnie lata unikałem świeżej kolendry jak ognia. Gdy jakiś przepis wymuszał użycie tej rośliny, chcąc zachować podobny akcent smakowy i wizualny, zastępowałem ją nacią pietruszki. Nie wiem, czym była spowodowana moja niechęć, ale za każdym razem, kiedy w daniu wyczuwałem ten specyficzny zapach, miałem wrażenie, że dostaję potrawę, którą ktoś przygotował na bazie mydła. Robiłem kilka podejść mających na celu zbliżenie mnie do tego smaku, ale za każdym razem kończyło się tak samo. Z lokalu wychodziłem nienajedzony, zniesmaczony, a z mych ust zamiast achów i ochów, wydobywał się łaciński słowotok, przeplatany wiązanką góralską. Mądre głowy wygłaszają, że ów niechęć ma podłoże genetyczne i albo kolendrę tolerujesz, albo jej nie tolerujesz. Nie wiem więc, co stało się w moim przypadku, że moja niechęć przerodziła się w miłość. Nie podejrzewam, że zmienił się mój genotyp. Chyba dojrzałem kulinarnie.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz