Nie wiem która była godzina, gdy zza ściany usłyszałem jakieś dziwne dźwięki. Wiedziałem jednak, że to jeszcze nie pora by wstawać do pracy, bo zza rolet przez okno nieśmiało wdzierała się ciemność. Wzrokiem omiotłem łóżko w poszukiwaniu kotów, które mogły uskuteczniać nocne szaleństwa, ale to nie one. Stan faktyczny był zgodny z ewidencyjnym. Z narastającym niezadowoleniem, zrzuciłem nogi z łóżka i palcami stóp spenetrowałem podłogę w poszukiwaniu laczków w typie Kubota. Szybko poczułem znajomy kształt domowego obuwia i po wsunięciu stóp udałem się po omacku do kuchni. Nie zapalałem światła, gdyż jego blask mógłby podziałać na mnie jak światło emitowane przez spawarkę. Wolałem dokonać oględzin, sugerując się kształtami i konturami przedmiotów znajdujących się w pomieszczeniu. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku. Nie zauważyłem niczego niepokojącego, ale dźwięk, który słyszałem przed kilkoma minutami, nie ustawał. Cały czas w moich uszach rozbrzmiewało pukanie, jakby ktoś uderzał palcami w podłogę. Zrobiłem dwa kroki do przodu i oniemiałem. Zza wyspy wystawała głowa, jakby ktoś się rozciągnął wzdłuż szafek. To stamtąd dochodził niepokojący dźwięk. Szybkim ruchem sięgnąłem do włącznika i zapaliłem światło. Gdy pomieszczenie zostało rozświetlone śnieżnobiałym promieniem, wszystko się wyjaśniło. Na podłodze leżał Kalafior, który rytmicznie stukał w panele. Gdy mnie dostrzegł, spojrzał na mnie beznamiętnie i wycedził przez zęby-Stary, siedzę już tutaj 4 dni i nie widzę żadnego zainteresowania moją osobą. Jeśli dziś się mną nie zajmiesz, komunikuję i lojalnie ostrzegam-Wychodzę i już mnie więcej nie zobaczysz. Nie miałem wyjścia! Do rana leżałem z otwartymi oczami i wymyślałem atrakcje.




FARSZ:





Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz