Pewnego dnia w trakcie zakupów zgarnąłem z półki sklepowej ekspandowany amarantus, który okazał się poppingiem. Szedłem do kasy i starałem się wykoncypować, na czym polega fenomen tych małych kulek i za cholerę nie potrafiłem znaleźć sensownego wyjaśnienia. Zastanawiałem się, co łączy ten produkt z tańcem, w którym trzeba szybko spinać i rozluźniać mięśnie i ruszać się jakby ktoś nas podłączył pod 230 V. W głowie miałem jeden wielki znak zapytania, który nie dawał mi spokoju i jak pasożyt karmił się moimi nietrafionymi pomysłami, rosnąc tym samym w siłę. Po przyjściu do domu postanowiłem sprawdzić, o co w tym wszystkim chodzi. Łudziłem się, że po zjedzeniu dwóch garści zacznę się gibać ubrany w potężne spięcie mięśniowe, ale nic takiego się nie stało. Pomyślałem, że może potrzebna jest dodatkowa stymulacja, więc zarzuciłem Kraftwerk na głośniki i co? Stałem pośrodku kuchni, gębę miałem wypchaną ekspandowanymi ziarnami, a moje ciało za żadne skarby nie chciało się wyginać. Oszustwo-pomyślałem – lub jakąś podróbę mi wcisnęli w dyskoncie. Nie poddałem się jednak i dalej rzeźbiłem temat, jednocześnie penetrując szafki w poszukiwaniu odpowiedzi. Moja żuchwa zaczęła dawać sygnały, że już jest zmęczona mieleniem tego styropianu. Musiałem szybko poszukać jakiegoś materiału poślizgowego, żeby się nie udusić. Zacząłem chaotycznie wpychać do gęby masło, olej i przez przypadek w tej panice wsypała mi się też szczypta chilli. Zapiekło niemiłosiernie, więc dorzuciłem słodyczy w postaci daktyli. Gdy się to wszystko połączyło, zrozumiałem skąd nazwa popping. Przez kwadrans radośnie wyginałem się jak robotnik budowlany w dniu wypłaty, pokazując, jak bardzo jestem zachwycony smakiem.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz