Do kimchi zabierałem się jak pies do jeża, robiąc dziwne podchody i podjazdy. Traf jednak chciał, że w trakcie mojego ostatniego pobytu w Poznaniu, u mojego bratanka, opędzlowałem kilka łyżek tego azjatyckiego przysmaku i przepadłem. Ugniatając namiętnie kapustę i nacierając ją pikantną papryką gochugaru wiedziałem, że będę próbował ją wcisnąć w zupę. Starałem się, by poziom ostrości był na wysokim poziomie, ale musiałem uważać, żeby nie zastosować tradycyjnej koreańskiej receptury. Zdaje sobie sprawę, że pikanteria potrawy powinna być odczuwalna dwukrotnie, ale takiego pożaru nie ugasiłoby dziesięć zastępów Ochotniczej Straży Pożarnej. Wyszło tak, jak sobie wymarzyłem i już przy pierwszej degustacji moje usta poczuły się jak w Mordorze, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Nie pozostało więc nic innego jak realizacja pomysłu, który szalał w mojej głowie jak bawidamek, na turnusie w Ciechocinku. Stało się! Po raz kolejny przepadłem na długi czas. Mam kimchi w zupie.












Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz