Dla jednych koszmar dzieciństwa, dla innych obiekt nasączony tęsknotą. Salceson, a raczej jego roślinna podróbka, jest bohaterem dzisiejszego wpisu. Jak to wygląda u mnie? Do której grupy należę? Nigdy nie byłem wielkim fanem szynki z przeszkodami, czy też innego lastryko. Ten wyrób ostatecznie został mi obrzydzony, w trakcie odbywania zasadniczej służby wojskowej. Nie wiem z czego był robiony, ale w trakcie przeżuwania paliłem więcej kalorii, niż w trakcie testu Coopera. Nie było to smaczne, ładne, ani przyjemne. Niestety, wiele razy musiałem się zmuszać do jedzenia, gdyż nie miałem innego wyboru. Dlaczego więc tak ochoczo wracam do czegoś, co było dla mnie czymś niesmacznym? Powodów jest kilka i niejednokrotnie już pisałem, dlaczego odtwarzam mięsne smaki. Głównym z nich jest zabawa. Musielibyście zobaczyć moją radość, gdy po wyciągnięciu produktu z miseczki zobaczyłem coś, co rzeczywiście przypominało salceson. Wizualnie w tej dziedzinie osiągnąłem mistrzostwo i jestem z tego dumny. Smakiem na pewno nie przypomina tradycyjnego produktu, ale jest przepyszny. Wiele osób, jak zwykle zresztą, będzie próbować zdeptać mój entuzjazm i zadowolenie. Mam jednak dla nich przykrą wiadomość. W dziedzinie tumiwisizmu, również sięgnąłem po mistrzowskie oznaczenie i każda bezpodstawna krytyka, spływa po mnie jak woda po tłustym talerzu. Odważnym życzę smacznego, a sceptykom więcej odwagi.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz