Chciałbym powiedzieć, że pada. Jednak intensywność, z jaką spływała woda z nieba, przypominała strumień wody, wylewanej z miski. Poruszałem się ulicami miasta, które nie do końca znałem, a ściana deszczu wymieszana z krążącym wokół syfem, skutecznie uniemożliwiała odnalezienie się w nowej sytuacji. Brodziłem w tym bagnie przez cały wieczór szukając otwartego lokalu, by się trochę osuszyć i coś zjeść. Poza solidnym wychłodzeniem, odczuwałem niemiłosiernie świdrujący me wnętrze głód. Na końcu ulicy dojrzałem małe migoczące światełko. Blask był tak słaby, że w normalnych okolicznościach pomyślałbym, że to odpalony znicz, który broni się przed atakującymi go kroplami deszczu. Postanowiłem to sprawdzić. Po kilku sekundach stanąłem przed drzwiami, które wyglądały, jak wejście do stodoły. Nie miałem jednak wyjścia, byłem już na skraju wyczerpania. Wszedłem do środka. Lokal był prawie pusty, a za barem stał leniwie na mnie spoglądający koleś z fryzurą przypominającą brokuła. Skinieniem głowy go przywitałem i po szybkim przeglądzie menu, zamówiłem jedyne danie z karty. Jaja na boczku. Byłem tak głodny i wyczerpany, że było mi wszystko jedno. Wyrzuty sumienia odstawiłem na bok i jedząc postanowiłem wyobrażać sobie, że jem przepyszne kamienie, owinięte w liście szpinaku. Wziąłem pierwszy kęs, zamknąłem oczy i przeżuwając zacząłem analizować to co poddałem obróbce. Coś mi nie pasowało. Choć pomiędzy zębami radośnie chrupał boczek i czułem zapach jajeczny, wiedziałem, że coś nie gra. Już chciałem wstać i spytać barmana, o co w tym chodzi, ale nagle zmienił się krajobraz. Byłem u siebie w mieszkaniu i jadłem tofucznicę z boczniakami. Czy to już pora, by się wybrać do lekarza?








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz