Po tygodniowym rozstaniu z kuchnią, garami i ukochanymi warzywami, wczoraj postanowiłem zaszaleć w kuchni i od samego rana serwować pyszności. Takie rozstania działają niesamowicie kreatywnie, dlatego już w chwili gdy moja noga spadała z łóżka na podłogę, w głowie miałem gotowe przepisy na co najmniej 3 potrawy. Pomyślicie sobie, chory człowiek, zamiast w niedzielę odpoczywać, on się ładuje w gary i z psychopatycznym uśmiechem, miesza w żarciu. Na pierwszy rzut poszła dynia, która od jakiegoś czasu swymi pękatymi kształtami kusiła i z częstotliwością, raz na minutę łypała do mnie swym okiem. Gdy ją zacząłem rżnąć, kuchnia wyglądała jakby ktoś pomarańczowej damie wsadził granat w… i kazał się rozerwać. Wszędzie się walały pestki i resztki soczystego miąższu. Blat był upier…brudny był, w sensie, jak u Kamila Durczoka i nie nadążałem z procesem czyszczącym. Kiedy poprzez ciasta, pierogi, napoje dotarłem do kolejnego produktu, mój uśmiech był już na etapie podróży wokół głowy, więc postanowiłem w poniedziałkowy poranek uderzyć nieco mniej kolorowo. Bohaterem dzisiejszego wpisu nie będzie dynia, nie będzie to też żaden półprodukt ściśle z nią związany. Moje serce (…i nie tylko moje) skradła kiszona kapusta, która w połączeniu z niewielką ilością ziemniaków i przyprawami, pozamiatała jak Roman Wilhelmi w Alternatywy 4.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz