Stałem przed nimi, dzierżąc w dłoni potężny miecz. Nie wiem, skąd miałem siły, by otrzymać to cholernie ciężkie żelastwo, ale machałem nim w powietrzu, jakbym trzymał pawie piórko. Tnąc powietrze, kreśliłem takie wzory, że gdyby ktoś się dobrze przyjrzał, na pewno odczytałby pełne zdania. Wiatr, który szalał w mojej bujnej czuprynie, sprawiał że wyglądałem jak średniowieczny bohater, prężący się przed bitwą. Byłem tak zaaferowany zbliżającymi się wydarzeniami, że nawet przez chwilę nie zastanawiałem się, skąd na mojej głowie wzięły się te pukle. Nie jest przecież tajemnicą, że mam bardzo rzadko spotykane włosy, które mi wyszły jak nic innego w życiu. Nie jest to jednak post o dylematach fryzjerskich, dlatego przejdę do akcji, która za chwilę miała nastąpić. Cisza, która nastała była tak niewiarygodnie brutalna, że nawet przelatująca mucha zdawała się hałaśliwym śmigłowcem, gotowym do walki. W jednej chwili wszyscy ruszyli w moją stronę, chcąc sprawdzić, czy moje wymachiwanie mieczem, było tylko pokazówką, czy może coś potrafię zdziałać. Gdy doszło do pierwszego kontaktu z wrogiem, zacząłem machać jeszcze intensywniej, tracąc przy tym świadomość. Nie wiem, jak to wyglądało z boku, ale ręka pracowała, jakbym zasuwał w fabryce na akord. Dookoła fruwały elementy oręża, a ja z nieskrywaną radością ćwiartowałem kolejnych atakujących. Nagle oślepiło mnie światło i za plecami usłyszałem — Przemek, obudź się! Znów lunatykujesz? Ciekawe, kto pozbiera te warzywa, porozrzucane po całej kuchni?








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz