Po sobotnich wojażach postanowiłem, że niedzielny poranek nie rozpocznie się w klimacie ciemności, a moje ciało zwlecze się z łóżka, gdy słońce zacznie wkradać się przez okno. Organizm walczył i zaczął zbyt wcześnie wysyłać impulsy do zrywu, ale nie poddałem i walcząc do samego końca, wstałem grupo po godzinie dziesiątej. W pierwszej chwili, gdy zerknąłem na zegarek, poczułem niesmak, a głowę spowiły wyrzuty sumienia. Jednak po upływie kilku sekund zrozumiałem, że tego właśnie potrzebowała moja spragniona snu głowa i wyeksploatowane ciągłym pędem ciało. Nie spieszyłem się, nie miałem żadnego planu, nie starałem się poganiać myśli, które pomimo mojego pionu, nadal wylegiwały się w łóżku. Czułem, że wygrałem nowy dzień. Naładowany pozytywnym myśleniem, jak tarpan choinkami w okresie świątecznym, leniwie przechadzałem się po kuchni, szukając inspiracji. Zacząłem przeglądać zawartość skrzynki, która po sobotniej wizycie na rynku warzywnym, wręcz kipiała zieloną dobrocią. Na pierwszy plan, wyszedł pięknie powykręcany Jarmuż, którego nie jest w stanie przebić żaden zafoliowany zamiennik. Pożerałem go wzrokiem, wąchałem, dotykałem i wiedziałem, że nie ominie go dzisiejsze gotowanie. Pomiędzy Cukinią i Marchewką, dojrzałem leniwie przeciągający się Chrzan. Zazwyczaj ostry i zawadiacko pokręcony gość, teraz wyglądał niesamowicie łagodnie. W powietrzu czułem zapach jego perfum, które wdzierając się do nosa, oznajmiały że są z najwyższej półki i nie można ot tak, o nich zapomnieć. Powiększała się ekipa otoczona niedzielnym chilloutem, a uzupełnieniem składu, okazała się Pyra, która widząc leniwie wychodzące z miejsca relaksu warzywa, postanowiła dołączyć. Bez spięcia i niepotrzebnych ruchów, warzywa zafundowały mi niezłą podróż po krainie wytrawnego smaku. Taka niedziela. Smacznie ostra niedziela.







Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz