Bardzo często zdarza się tak, że gotując pyry na obiad lekko przesadzam. Po wstawieniu ich na palnik, okazuje się, że dla 3 osób przewidziałem pełen gar jak dla pułku wojska i na pewno wszystkiego nie zjemy. Być może obierając podziemną pomarańczę, na chwilę się rozkojarzyłem, albo jakiś program kulinarny wciągnął mnie do reszty i nie ogarnąłem zbyt wielu ruchów noża. Kilka lat temu, pewnie bym się wkurzał, że źle wymierzyłem porcję i nadwyżka trafi do kosza. Dziś jednak taka sytuacja buduje napięcie jak 2235 odcinek Klanu i zapewnia kreatywny pęd. W rodzinnym domu taki incydent zapewniał szagówki, lub jak kto woli, skośnie cięty wałek, zwany również kopytkami. Wiedziałem jednak, że ta opcja nie zadowoli mnie w pełni. Musiałem wykombinować coś innego. Coś co nie będzie zwykłym ulepkiem ziemniaczanym, który będzie się zachowywał jak piłka kauczukowa przeżuwana na głodzie. Bywa tak, że mam przed sobą cały wachlarz oczywistych składników i za nic w świecie, nie potrafię wydumać co na obiad. W tym przypadku było inaczej. Są pyry, jest przywieziony z Poznania tempeh i jakoś dziwnym trafem, napatoczyła się kasza gryczana, która choć była schowana w głębi szuflady, nie dała się nie zauważyć. Nie potrzebowałem więcej podpowiedzi. Zanim cokolwiek znalazło się w garze, już czułem smak i unoszący się w kuchni zapach.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz