Od momentu, kiedy zmieniłem swoje nawyki żywieniowe, diametralnie zmieniły się też moje spojrzenie na warzywa. Marchewka, z którą zawsze było mi nie po drodze, teraz bardzo często gości w cieście, lub rozpływa się pod wpływem ostrego zakręcenia. Kalafior, który zazwyczaj występował tylko jako dodatek do sterty ziemniaków i góry mięsa, teraz zazwyczaj gra pierwsze skrzypce. Nie wspomnę o batatach, o których istnieniu wiedziałem, ale nigdy nie miałem okazji ich posmakować. Świat się zakręcił wokół warzywniaka, zrobił w powietrzu trzy salta i wpadając do gara, stanął na głowie, podpierając się o blat kuchenny (chyba trochę popłynąłem z tym opisem). Najbardziej ze wszystkich przedstawicieli świeżego powiewu zdrowia, urzekł mnie koperek. Nie mogę powiedzieć, że wcześniej go nie lubiłem, ale nie dostawałem też ślinotoku na jego widok. Teraz gdy idę do sklepu i spojrzę w jego kierunku, nie mogę się powstrzymać, zabieram do domu co najmniej trzy pęczki. Zapewne się zapytacie, po co od razu taki potężny bukiet? Otóż prawda jest taka, że zanim dojdę do domu (około 20 metrów), zdążę dwa pęczki pochłonąć. Czuję się wtedy jak za dawnych lat, gdy szedłem po gorący chleb do sklepu i wracałem z jego połową.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz