W rytmie głośnej muzyki staram się odszukać na stole, czegoś co zaspokoi mój głód, który od kilku godzin przewraca mój żołądek na lewą stronę. Większość gości na imprezie, nie zwraca uwagi na to czym zaspokoją swoje kulinarne pragnienie i wciskają w siebie kolejne kotlety, golonki i inne potrawy, które są dla mnie nie do przyjęcia. Z uporem maniaka, podróżuje po stole, z nadzieją że spotkam choćby jeden dekoracyjny liść sałaty, którego spożycie będę celebrował, jak danie z pięciogwiazdkowej restauracji. Powoli zaczynam tracić nadzieję, a chęć spożycia czegokolwiek, co nie ocieka tłuszczem, maluje na mojej twarzy dziwne, mimiczne bohomazy. W oddali dostrzegam pękaty półmisek, który pomimo późnej pory, nie świeci pustkami, a jego zawartość wygląda nieprzyzwoicie apetycznie. Wypełniony nadzieją, powolnym krokiem zmierzam do miejsca, gdzie być może skończy się moja gehenna. Gdy dzielą nas może dwa kroki, widzę że sałatka ziemniaczana, która dumnie stała na środku stołu, nie jest klasykiem ociekającym majonezem. Oczy wypełniły się łzami szczęścia, gdy zobaczyłem przy potrawie mały bilecik informujący o składzie potrawy. Za cholerę nie wiedziałem skąd się tam wziął, ale też nie zamierzałem w to wnikać, gdyż w obawie przed głodnym tłumem, który właśnie wracał z parkietu, zacząłem opróżniać półmisek. Choć znam kilka wersji zdrowego majonezu, wersja z orzechową śmietaną, w rytmie skocznej muzyki, podbiła moje serce.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz