Po szybkim przygotowaniu obiadu, postanowiłem zaczerpnąć świeżego powietrza i przejść się ulicami, które powoli zaczęły układać się do snu. Fakt, że wyszedłem z domu, nie miał nic wspólnego z przewietrzeniem, ani nostalgicznym spacerem, pomiędzy dogorywającym, ulicznym klimatem imprezowym. Podłoże było zupełnie inne. Najzwyczajniej w świecie, musiałem kilkoma krokami odpokutować obżarstwo, które wdarło się na talerz i przez moje usta, znalazło jedyną drogę ujścia. Choć było bardzo wcześnie, na ulicach nie było prawie nikogo. W pobliskiej bramie, dostrzegłem dwóch jegomości, którzy naprzemiennie zerowali butelkę, z wątpliwej jakości napojem. W półmroku światła z pobliskiej latarni, wyglądali jakby dumnie odgrywali niemy repertuar sekcji dętej, światowej sławy big bandu. Uliczni artyści. Idąc dalej, po za psem, który bezskutecznie próbował złapać swój ogon, kręcąc się w kółko, nie spotkałem nikogo. Nie wiem ile czasu spędziłem na potykaniu się o własne myśli i pomysły, ale w pewnym momencie zaczęło robić strasznie zimno i postanowiłem wracać. Choć nie miałem ochoty niczego kupować, zajrzałem jeszcze do pobliskiego warzywniaka, gdzie ze skrzynek wylewa się inspiracja, a zapach świeżych warzyw kopie lepiej niż mefedron. Nie wiem, co tam się stało, ale chyba te naturalne dopalacze wypaliły mi mózg. Z popołudniowego spaceru, na którym pozbywałem się efektów obżarstwa, wracam z 20 kilogramowym workiem marchwi.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz