Gdy dotarłem na szczyt, który zdobywałem, wspinając się po stromej ścieżce, moje oczy zalała soczysta zieleń. Stałem wbity w ziemię i obserwowałem bezkresną łąkę, która niczym perski dywan pokryta była wzorami, przemieszczającymi się wraz z delikatnym podmuchem wiatru. Nie wierzyłem, że ktoś mógł stworzyć tak idealny obraz wypełniony jednym kolorem. W pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś bez mojej wiedzy wcisnął mi okulary z zielonym filtrem na nos. Po szybkim wymacaniu oczodołów okazało się, że widok jest jak najbardziej realny i to, co widzę, jest jak najbardziej realne. Zrobiłem kilka kroków do przodu i opadłem na ziemię. Zacząłem się kulać i tarzać w tym morzu soczystej zieleni. Nie przeszkadzało mi nawet to, że przy drugim przewrocie w przód, obiłem sobie kość ogonową o wystający z ziemi kamień. Chcąc się przekonać, czy nie śnię. Szczypałem się w ramię za każdym razem, gdy musiałem wziąć głębszy oddech. Obraz niezmiennie trwał. Wszystko się jednak zmieniło, gdy straciłem kontrolę nad obrotami własnego ciała. Nagle przestałem czuć ziemię pod stopami, a ból kości ogonowej, stał się nie do zniesienia. Tym razem chyba przesadziłem. Spadając z łóżka, przywaliłem w narożnik stolika, a do czoła przykleił mi się liść szpinaku, który wypadł z miski przy gotowaniu. Następnym razem we śnie, będę mocniej szczypał swe ramię.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz