Będąc dzieckiem, zawsze ochoczo wyrywałem się do koszyczka wielkanocnego. Napełniałem go przeróżnymi frykasami, przykrywałem serwetą i zasuwałem do Kościoła. Nie bardzo wiedziałem, po co to robię, ale nie jestem tym faktem jakoś mocno zaskoczony, gdyż nadal nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Nie chcę jednak tutaj poruszać wątków religijnych, ani też skupiać się na mojej wiedzy w tym zakresie. Z wyżej wspomnianych wycieczek, najbardziej pamiętam krzyki mojej mamy po powrocie z Kościoła. Dlaczego krzyki? Czy zjadłem zawartość koszyka? Nie śmiałbym ruszyć tego. Cały czas w głowie lawirował komunikat — Zostaw, to na Święta. Co więc się stało, że jedną wycieczką do Świątyni Pana, potrafiłem spierdolić świąteczny nastrój, który i tak już był mocno przesiąknięty napięciem? Nie jest tajemnicą, że mam w sobie mnóstwo energii. Nawet będąc pociesznym grubaskiem, zachowywałem się, jakbym miał owsiki i wszędzie było mnie pełno. Nie trzeba mieć dobrze rozbudowanej wyobraźni, by przewidzieć, że koszyk wypełniony żarciem w mojej dłoni, to nie jest dobry pomysł. Nie potrafiłem zakodować faktu, że nie należy machać koszykiem wielkanocnym. Po powrocie do domu okazywało się, że zamiast pięknie ułożonej kompozycji, w wiklinowym wnętrzu, jest niezły burdel. Faktycznie, nie wyglądało to dobrze. Maślany baranek bardzo rzadko wracał do domu w całości. Zazwyczaj głowa leżała gdzieś obok albo traciła swój kształt po zderzeniu z wędliną. Skorupy przepięknych pisanek wyglądały jak ziemia po trzęsieniu. Pieczywo, które było jasne, po kąpieli w pieprzu wyglądało, jakby komuś wpadło do piaskownicy. Chyba robiłem coś nie tak. Wiem jednak, że gdybym dziś poszedł z takim samym zestawem, wszystko wyglądałoby tak samo. Spacerowałbym z kolegami i machałbym koszem jak pustą reklamówką z Biedronki.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz