W związku z tym, że moje plany nieco się pozmieniały, zamiast biegać pomiędzy murami malborskiego zamku, krzątałem się cały dzień w kuchni. Mając do dyspozycji całą skrzynkę świeżych warzyw, stałem przy wyspie w kuchni i zerkałem na nie z dumą, jak szlachcic na rozciągające się przed nim połacie terenu. Nie wiem skąd, ale wiedziałem, że to jest mój dzień i nic nie było w stanie tego spier….tfu…zepsuć. Rozpocząłem od grubszego tematu, wplatając fasolkę szparagową w ostry gulasz z sojowym kotletem. Strzał w dziesiątkę. Chyba 33 razy sprawdzałem, czy na pewno nie jest mdły, wzdychając przy tym z zachwytu. Kolejne manewry skupiły się na kluchach z zielonym farszem. Już wtedy chwytałem się za głowę, bo porcje raczej nie należały do małych. Widząc, że agrest się niecierpliwi, postanowiłem zaprosić go na deser i po chwili w domu roztaczał się bezwstydny zapach tarty. W tym momencie musiałem na chwilę przerwać, bo choć głodny nie byłem, musiałem w niej zatopić usta. Orgazm kulinarny. Cały czas odczuwałem niedosyt, więc szukałem dalej. Inspirując się pomysłem na carpaccio z kalarepy, postanowiłem ją wrzucić na grilla, a jako dodatek podać pastę z bobu. W trakcie prezentacji dania stwierdziłem jednak, że wygląda to nijak i zacząłem miętosić plaster w dłoniach. Ku mojemu zdziwieniu, po kilku sekundach trzymałem w dłoni pieroga, a na mojej twarzy pojawił się szelmowski uśmiech. Wiem, że życie nie jest kreowane przez przypadki, ale w obecnej sytuacji… życzę smacznego.





Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz