Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się ze zmielonymi ziarnami z ciecierzycy. Wiedziałem już, że będę z niej przygotowywał farinatę, ale nie miałem pojęcia, że w trakcie przyrządzania moja facja będzie ubrana w niesmak. Trzy lata temu, ten produkt nie był tak powszechny, jak dziś, ale na szczęście w pobliżu miałem sklep z ekologiczną żywnością. Przy samym zakupie, moja twarz już była mocno powykręcana, bo cena swą wysokością, wyrywała z butów bez rozwiązywania sznurówek. Nieświadomy kolejnego strzału, pobiegłem do domu i pełen entuzjazmu rozpocząłem przygotowywanie placka rodem z Genui. Mąka przyciągała przepięknym złocistym kolorem, co w mojej głowie wykreowało obraz cudownego ciasta. W chwili, gdy zacząłem dolewać wody, czar prysł i mój nos został zgwałcony przez ostry, dziwny, może trochę przypominający orzecha zapach. Myślałem, że coś się rozlało tydzień temu i w ferworze walki zapomniałem usunąć nieczystości. Jednak gdy nachyliłem się nad miską, wiedziałem, że to wokół mojego eksperymentu roztacza się ten nieprzyjemny zapach. Normalny człowiek zapewne by trzymał się z daleka od tej mikstury, ale ja przepełniony nadzieją, że to tylko opary, postanowiłem spróbować, jak to smakuje. Już po pierwszym kontakcie z kubkami smakowymi, wiedziałem, że to był błąd. W ustach pojawił się niesmak, jakbym chwycił przed chwilą żuł gąbkę, którą od miesiąca zmywałem naczynia. Wpadłem w panikę, szukając niwelatora tego niesmacznego stanu. Popijałem wodą, przegryzałem owoce i popychałem je kromką chleba. Dopiero potężny strzał soku cytrynowego naprawił mój błąd. Po takich przeżyciach zacząłem wątpić w sukces, ale wstawiłem półprodukt do piekarnika i pełen obaw oczekiwałem finału. Na szczęście obróbka termiczna zamieniła tragiczne doświadczenia w przecudne doznania smakowe. Nigdy więcej już nie zanurzałem języka w cieście z mąki ciecierzycowej.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz